Relacje naocznych świadków

 

Przyciskając lewą ręką dużą naręcz kwiatów, którą

otrzymałem od sąsiadki Marysi, w prawej dłoni mając laskę (jestem inwalidą), udałem się na Rynek. Już na ulicy Odrodzenia zauważyłem, że w tym samym kierunku zmierza bardzo dużo ludzi. Ucieszyłem się niezmiernie, bowiem w najśmielszych marzeniach przypuszczałem, że na Rynku [d. pl. Wolności] zbierze się najwyżej kilkaset osób. Tymczasem na Rynku stał niemy, kilkutysięczny tłum ludzki. […]

Wszystko działo się bardzo szybko. Napierający tłum wepchnął mnie w głąb uliczki prowadzącej do Bramy Głogowskiej. Po kilku minutach udało mi się przepchnąć przez ciżbę ludzką w kierunku Ratusza. Tłum był niemal niemy. Powiedziałem kilka zdań o celu manifestacji, zaintonowałem Jeszcze Polska nie zginęła. Ludzie podchwycili pieśń. Zdawało mi się, że to śpiewa chór anielski. Widziałem, że stojący obok mnie ludzie mają podobne jak ja odczucia. Śpiewaliśmy również Rotę, Boże coś Polskę i hymn „Solidarności”. W przerwach między jedną a następną pieśnią wznosiliśmy okrzyki: „Znieść stan wojenny!”, „Wypuścić internowanych i więzionych!”, „Żądamy realizacji postulatów gdańskich!”, „Wypuścić Lecha – zamknąć Wojciecha!” […].

Stanisław Śnieg

 

[…] W czasie, gdy śpiewaliśmy, wyjechały na Rynek od

strony ulicy Tysiąclecia dwa ciężarowe samochody wypełnione milicjantami. Według relacji innych osób wozy te zatrzymały się za Ratuszem przy postoju taksówek, gdzie już wcześniej zgrupowani byli milicjanci. Funkcjonariusze MO, którzy wysiedli z tych wozów, przeszli wkrótce na plac znajdujący się po naszej stronie Ratusza. Uformowali kordon, zwracając się plecami do Ratusza, a twarzą w kierunku restauracji „Ratuszowa”. Byli uzbrojeni w wyrzutnie granatów łzawiących, pałki szturmowe i w duże plastikowe tarcze. Twarze zakrywały im opuszczone przyłbice. Z drugiej strony Ratusza nadjechał radiowóz milicyjny, z którego przez głośniki wzywano do rozejścia się. Wysunąłem się bardziej do przodu i powiedziałem kilka zdań, że cel osiągnięty, że manifestację uważamy za zakończoną. Rozchodzimy się. W tym czasie kordon milicjantów zaczął strzelać w naszym kierunku petardami i granatami z gazem łzawiącym.

Stanisław Śnieg

 

[…] Właściwie ten krzyż nie był jeszcze dokończony. Tam

był napis „Niech żyje Solidarność” i coś jeszcze. Nie doszedłem tam, bo zaczęli rąbać z petard i gazów łzawiących. Ludzie się rozpierzchli. Oni zaczęli ludzi gonić w stronę Baszty Głogowskiej. Ten krzyż rozdeptali, kwiaty porozrzucali, cofnęli się z powrotem pod bar samoobsługowy koło ulicy Mieszka I, strzelając cały czas. Działo się to około godziny 15.30. Ludzie ponownie zaczęli układać krzyż z kwiatów. Tak się nagromadzili, że z każdej strony były ich masy.

Ireneusz Lao

 

[…] 31 pracowałem na pierwszej zmianie autobusem

pracowniczym, bezpośrednio po pracy przyjechałem do Lubina. Wysiadłem przy alei Niepodległości, tuż koło DKZM. Wraz z kolegą Fiołną udaliśmy się na Rynek. Zatrzymaliśmy się na wyższym chodniku koło księgarni. Samego przebiegu układania krzyża kwietnego nie widziałem, gdyż gęsty tłum ludzi uniemożliwił mi to, a wciąż liczba manifestujących rosła. Po chwili usłyszałem, że przemawia Śnieg. Jego głos jest mi bardzo dobrze znany. Przez pięć lat byłem przecież jego uczniem. Mówił, że manifestacja ma charakter pokojowy. Później śpiewaliśmy hymn, Boże coś Polskę i rozpoczęła się palba z gazów łzawiących. Gdy milicjanci ruszyli tyralierą w naszym kierunku, wraz z kolegą Fiołną wycofaliśmy się koło dużego kościoła podwórkami w pobliże pijali piwa „Gwarek”. Tam długo nie byliśmy. Pamiętam, że przyjechała polewaczka Straży Pożarnej. Polewający wodą miał twarz zakrytą szalikiem i nie przejawiał wielkiej gorliwości w wykonaniu swojej pracy. Zamiast polewać ludzi podlewał trawnik. Około godziny 16.30 znaleźliśmy się niedaleko murów obronnych, na wysokości plebani. Tam przekonałem się, że strzelają z ostrej amunicji, bowiem usłyszałem świst kul i widziałem odpryskujące kawałeczki niskiego murku, za którym się kryłem. Przebywałem tam dość długo. Byłem świadkiem, jak młoda, jasnowłosa dziewczyna została ugodzona w nogę granatem z gazem łzawiącym. Dziewczyna nie mogła iść o własnych siłach. Dwaj młodzi, wysocy chłopcy wzięli ją pod ręce, pobiegli w stronę plebanii.

Adam Myrda

 
Lubin82_ZOMO_8_fot_K_Raczkowiak
 

[…] 31 sierpnia pojechałem swym maluchem do Rynku. Nie

dojeżdżając do Rynku, zaparkowałem swój wóz na placu przy małym kościele. Pieszo poszedłem do Rynku. Byłem mile zaskoczony, ujrzawszy olbrzymią ilość ludzi. Przy Ratuszu od strony małego kościoła stały wozy milicyjne oraz grupy milicjantów. Poszedłem do restauracji „Ratuszowa”, gdzie zauważyłem Stanisława Śniega i rozpoczęliśmy układanie krzyża z kwiatów. Napierający tłum rozdzielił nas. Po ułożeniu krzyża śpiewaliśmy pieśni patriotyczne: Jeszcze Polska nie zginęła. Nie rzucim ziemi, Boże coś Polskę. Po każdej pieśni wznosiliśmy okrzyki: „Uwolnić internowanych!”, „Znieść stan wojenny!”. W czasie gdyśmy śpiewali Boże coś Polskę, milicjanci zaczęli strzelać petardami i gazami łzawiącymi w naszym kierunku. Po chwili zaprzestali strzelania i przez magnetofony zaczęto nawoływać do rozejścia. Po chwili ponownie rozpoczęła się kanonada. Gdy ludzie zaczęli się rozpraszać, oni zwartymi grupami nacierali na zgromadzonych, bijąc ludzi dużymi pałkami szturmowymi, nie zaprzestając strzelania granatami z gazami łzawiącymi.

Ludzie odrzucali granaty łzawiące w kierunku milicjantów. Widziałem, jak odrzucony granat upadł niedaleko wozu milicyjnego. Jeden z milicjantów kopnął ów granat, a ten potoczył się pod koła samochodu. Koło zaczęło się palić, ale wkrótce ugaszono płomień. Dławiący gaz zmusił mnie do przejścia w pobliże dużego kościoła. Mieszkańcy okolicznych domów powystawiali naczynia z wodą i herbatą. Ja wraz z innymi ludźmi od czasu do czasu przecierałem wodą zapłakane oczy. Stamtąd udałem się pod kiosk warzywny przy ul. Odrodzenia.

Musiałem się na chwilę wycofać z tego miejsca, bowiem od Rynku zaatakowały nas zwarte oddziały milicyjne. Gdy wróciłem ponownie w to miejsce, zauważyłem, że szyba kiosku jest przestrzelona. Wówczas nie miałem już żadnych wątpliwości, że strzelają ostrą amunicją. Jednak pomimo tych strzałów wiele osób nie wierzyło, że milicja używa ostrej amunicji.

Jan Madej

 

[…] Na manifestację wybrałem się całą rodziną, to jest z

żoną i dwoma synami (3 i 9 lat). Chciałem im pokazać, jak wygląda manifestacja. Samochód zaparkowałem koło ronda. Od ronda, spacerkiem przez mostek na Zimnicy i koło małego kościoła, przeszliśmy do Rynku. Była wówczas godzina 14.30.

W oczekiwaniu na rozpoczęcie manifestacji spacerowaliśmy wokół Rynku. W miarę upływu czasu coraz więcej ludzi gromadziło się na Rynku. Około godziny 15. nadjechały nyski i budy milicyjne wypełnione gliniarzami. Zrobiły dwie rundy wokół rynku celem zastraszenia zbierających się ludzi. Po czym milicjanci wysiedli z wozów i zgromadzili się koło Ratusza. W tym czasie wraz z rodziną zatrzymałem się poniżej księgarni. Gdy rozpoczęła się strzelanina i zaczęto nacierać na nas, wycofaliśmy się w rejon małego kościoła… Nyska wysunęła się na czoło, a za nią szli milicjanci. Strzelali zarówno milicjanci znajdujący się w nysce, jak i ci, którzy szli tyralierą… Około godz. 16.30, gdy znaleźliśmy się w obniżeniu naprzeciwko małego kościoła, zorientowałem się, że strzelają z ostrej amunicji, bowiem słyszałem świst kul i ich szelest po liściach drzew. Żona przeraziła się bardzo. O godz. 17. zawiozłem rodzinę do domu… Gdy wróciłem pod „Gwarek”, dowiedziałem się, że milicja zastrzeliła już kilka osób […].

Z protokołu przesłuchania świadka Zdzisława Sokołowskiego

 

[…] Miałem 17 lat… Wyszedłem z domu po obiedzie około

godziny 14. mieszkam na ulicy Hanki Sawickiej. Szedłem podwórkami przez Osiedle Drzymały, następnie: ulicą Lenina, alejką przez Park Wyzwolenia, schodkami do ulicy Grodzkiej, koło kiosku Ruchu znajdującego się w przejściu pomiędzy budynkami. Doszedłem do Rynku, zatrzymałem się w pobliżu restauracji „Ratuszowa”. Widziałem rosnący wciąż tłum. W chwili, gdy przyszedłem, było już około tysiąca osób, również coraz więcej przybywało milicjantów. Zgrupowali się oni pomiędzy barem a Ratuszem oraz na miejscu, gdzie znajduje się postój taksówek. Wokół Ratusza krążyła nyska milicyjna z otwartym w dachu lukiem i tam znajdowała się kamera filmowa, która filmowała tłum. Zauważyłem, że na ulicy, na wysokości szaletów miejskich zaczęto układać krzyż z kwiatów. W tym czasie nadjechała karetka pogotowia ratunkowego i zatrzymała się na uliczce biegnącej do kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej. Z karetki wysiadły dwie osoby, które dołożyły wiązanki kwiatów do układanego krzyża. Następnie wsiadły do karetki, która odjechała na sygnale w kierunku małego kościoła (kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa).

Z milicyjnej szczekaczki kilkakrotnie nawoływano, by tłum się rozszedł. Tłum już był gęsty. Ja znajdowałem się wewnątrz tłumu. Słyszałem jak ktoś przemawiał. Mówił, że manifestacja ma charakter pokojowy, że nie pragniemy starcia z milicją. Ludzie zaczęli śpiewać. Śpiewano hymn narodowy, Boże coś Polskę, Rotę i inne pieśni patriotyczne. W przerwach między pieśniami wznoszono okrzyki – hasła: „Żądamy dotrzymania porozumień gdańskich”, „Uwolnić internowanych”, „Uwolnić uwięzionych”.

Mirosław Bodnar

 
Lubin82_dym1_fot_K_Raczkowiak
 

[…] Na rynku w Lubinie koło Ratusza zebrał się tłum ludzi

złożony z kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Po paru minutach podszedł do placu oddział ZOMO uzbrojony w broń, w ilości 27 zomowców. Zaczęli ostrzeliwać ludzi petardami z gazem, trwało to przez prawie pół godziny i zebrany tłum został rozpędzony, i po przegrupowaniu wraz z nim znalazłem się w rejonie małego kościoła koło muru. Zachowanie ludności było spokojne, nie było rzucania kamieniami, tylko odrzucało się petardy. W pewnym momencie oddział ZOMO otworzył ogień, lecz kule poszły nad głowami i zatrzymały się na murze, wtedy to ludzie cofnęli się za mur w teren nisko położony. Ostrzeliwanie ludzi trwało nadal, w pewnym momencie zauważyłem, że chłopak lat około 20 został trafiony w rękę. Jeszcze w tym momencie nie zdawałem sobie z tego sprawy, co to znaczy być postrzelonym i co to znaczy, że ktoś strzela do mnie. Dopiero kiedy przyniesiono tego chłopaka i zaczęto wzywać bezskutecznie pogotowie, zauważyłem pokrwawioną całą rękę i ubranie. Wtedy kilku mężczyzn wyniosło go z tego placu i wsadzono go do Fiata. Podczas kiedy go wynoszono, ktoś robił zdjęcia, lecz nie spodobało się to dla milicjanta i ormowca, chcieli go zaatakować, lecz ludzie złapali ich i zaczęli bić. Zauważył to oddział ZOMO i na całego otworzył ogień do tłumu. Część ludzi upadła na ziemię, a część zaczęła uciekać w pozycji pochylonej. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, co przeżywa człowiek, kiedy się do niego strzela. Nie wiedziałem, że tego rodzaju strach będzie mi towarzyszył jeszcze dwa razy.

Z relacji uczestnika demonstracji

…do góry…

 

Oddziały ZOMO wycofały się z Rynku i po kilku siedzieli w

samochodach z otwartymi drzwiami, i tak jeżdżąc, strzelali do ludzi. W pewnym momencie nadjechał jeden z takich samochodów, a bojąc się, że nie przebiegnę w porę drogi, bo już wcześniej zostałem trafiony petardą i odczuwałem lekki ból, uciekałem z kolegą w przeciwnym kierunku – do małego kościoła, który wcześniej został obrzucony gazem i ostrzelany. Ucieczka nasza była zła, gdyż samochód po chwili zakręcił i jechał w kierunku małego kościoła, tak, że musieliśmy z kolegą z powrotem uciekać. Miałem wtedy strach w oczach, lecz mimo tego jeszcze oglądałem się za siebie, żeby zobaczyć ich reakcję. W pewnym momencie nie było już czasu na dalsze uciekanie, bo byli zbyt blisko, a widziałem ich w wozie, z bronią siedzieli przy otwartych drzwiach, więc upadłem na ziemię. Oni jechali i strzelali, ale pomiędzy nami a zomowcami było 3-4 chłopców w wieku 10-12 lat i tylko widziałem, jak ziemia od kul podnosiła się pod nogami tych dzieci. Dzięki Bogu nikt nie został ranny. Dołączył do mnie kolega, który cudem uniknął śmierci koło Poczty Głównej. Udaliśmy się tam, lecz punkt ten był co jakiś czas ostrzeliwany przez przejeżdżające samochody z zomowcami, gdyż oni wtedy tylko jeździli samochodami. Po takim ostrzale koło Poczty Głównej uciekliśmy przez most na osiedle, gdzie stali ludzie. W jednym z bloków opatrzyłem sobie nogę.

Z relacji uczestnika demonstracji

 

W tym czasie w rejonie Poczty Głównej w dalszym ciągu

zbierali się ludzie, którzy z chwilą zaatakowania oddziału ZOMO z samochodu musieli uciekać. Postanowiliśmy z kolegą dołączyć tam, idąc od sklepów na Osiedlu Świerczewskiego, przeszliśmy drogę dwupasmową i wtedy to zobaczyliśmy, jak jeden z takich samochodów, chcąc okrążyć tych ludzi koło Poczty Głównej, przejeżdżał dróżką, gdzie stał starszy mężczyzna i młody chłopak. Na widok tego samochodu chłopak rzucił w ich kierunku kamieniem, lecz nie zdążył uciec, bo zaledwie 3-4 metry, kiedy to strzelili mu w plecy, chłopak padł na ziemię, oni pojechali dalej lecz zaraz wrócili. Wysiadło czterech i zabrali go do samochodu. Wtedy dopiero poczułem, jak bardzo jestem zmęczony i co jest warte moje życie.

Z relacji uczestnika demonstracji

 

[…] Jak doszedłem do Rynku, było już bardzo dużo ludzi.

ZOMO było w Rynku. Według mojej oceny było już przygotowane. Czekali tylko na jakiś ruch nawet pojedynczego człowieka. A wygląd mieli taki, jakby człowieka chcieli zjeść żywcem. Podczas gdyśmy śpiewali Boże coś Polskę zomowcy zaczęli strzelać petardami do ludzi na wprost. Petardami prosto w ludzi, a łukiem w górę strzelali gazami łzawiącymi. Działek wodnych w tym czasie nie było. Gdy gazy zaczęły mocno gryźć w oczy, przeszedłem podwórkiem do ulicy Odrodzenia koło budynku Orbisu. Główna grupa ludzi znajdowała się koło banku. Tam, w tym czasie, to jest kilkanaście minut po 16. przyszedł mój syn i pokazał mi nabój. Mówi: „Ojciec, Uważaj! Bo oni strzelają z ostrej broni”. A zanim syn przyszedł, już słyszałem strzały takie cienkie. Bo w wojsku byłem, to znam, jak to wygląda. Jednak wciąż nie wierzyłem, że oni mogą strzelać wprost w ludzi. […]

Edward Wertka

 
Lubin82_ZOMO_5_fot_K_Raczkowiak
 

[…] Za rozchodzącymi się ruszyły w pościg nyski z których

milicjanci strzelali granatami łzawiącymi. Gdy jedna z nysek zrównała się ze mną, zwróciłem się do siedzących w niej milicjantów: „Dlaczego strzelacie? Przecież ludzie się rozchodzą”. Obrzucili mnie stekiem wulgarnych wrzasków, żądając oddania wpiętego w klapę marynarki znaczka „Solidarności”. Próbowałem szybko oddalić się od nich i zbliżyć do zgromadzonych nad potokiem Baczyną ludzi. Dopadli mnie. Wykręcili ręce, zrywając znaczek wraz z klapą marynarki. Uczułem ból kręgosłupa. Prawdopodobnie któryś z nich uderzył mnie pałką. W tym samym czasie od zgromadzonych ludzi nadbiegła Zosia Bobińska. Płacząc, chwyciła mnie za szyję. Za jej przykładem zaczęła biec w naszym kierunku większa grupa ludzi. Milicjanci mieli zamiar zawlec nas do samochodu, lecz widząc biegnących, wskoczyli do wozu i odjechali. Szliśmy koło małego kościoła w kierunku pijalni piwa „Gwarek”. Niektórzy twierdzili, że teraz strzelają z ostrej amunicji. Nie chciałem w to uwierzyć. O tym, że nie miałem racji, przekonałem się, zobaczywszy przestrzelony znak drogowy. […]

Stanisław Śnieg

 

[…] Znalazłem się na skrzyżowaniu ulicy Kopernika z ulicą

Odrodzenia koło Poczty Głównej. Będąc tam, zauważyłem, że u wylotu ulicy Odrodzenia na placu Wolności stoi duży kordon milicjantów, zwrócony frontem do małego kościoła. Część tego kordonu przegrupowała się i ruszyła ulicą w naszym kierunku. Zaczęliśmy się wycofywać z ulicy Odrodzenia w kierunku pijalni piwa „Gwarek”. Milicjanci, znalazłszy się na opuszczonym przez nas skrzyżowaniu, oddali w naszym kierunku salwę z pistoletów kbk-AK. Po oddaniu strzałów wycofali się. Gdy ludzie się rozpierzchli, zauważyłem, że dwóch mężczyzn leży przy krawężniku ulicy Kopernika.

Natychmiast wielu ludzi pobiegło do nich. Ja już nie mogłem się docisnąć do miejsca tragedii. Wkrótce kilku ludzi zaniosło postrzelonych do samochodu Żuk, który stał w zatoczce dla samochodów osobowych w pobliżu „Gwarka”. Po włożeniu postrzelonych do wozu odjechali w kierunku dworca PKP. Myślę, że do szpitala…

Witold Kowalczyk

 

Oni nie wiedzieli, w którą stronę strzelać raz strzelali w

jedną, drugi raz w przeciwną. Strzelali z granatów łzawiących. Wiatr wiał w kierunku ludzi i gaz przedmuchiwany był na nich. Toteż większa ilość poszła w kierunku małego kościoła. Ludzie odrzucali granaty z gazem w kierunku milicjantów, ale żadne cegły, czy inne ostre przedmioty nie były używane. Oni zrobili kordon i szli przez trawnik koło baru, zaczęli strzelać w kierunku Przylesia. Jeszcze przedtem ktoś przyniósł kulę i mówił: „Uważajcie, bo strzelają z ostrych”. Nikt z początku nie wierzył. Ale później, gdy oni zaczęli siekać, a tynk zaczął odlatywać, ludzie się przestraszyli. Najpierw z ostrych strzelali, jak ja żem szedł koło Poczty Głównej, i z początku strzelali po asfalcie. Rykoszety szły prosto na ludzi. Nie widziałem, by tam ktoś w tym momencie dostał, bo był duży tłok. Słyszałem jakieś jęki, ale nie widziałem tego osobnika. Wtedy właśnie przeszedłem w stronę plebanii koło małego kościoła i tam chciałem odrzucić granat z gazem łzawiącym, który upadł koło mnie. Wtedy puścił serię. Jedna kula trafiła mnie w nogę. […]

Ireneusz Lao

 

Od strony Rynku zwarte oddziały milicji kilkakrotnie

atakowały zgromadzonych tuż za Pocztą Główną ludzi. Towarzyszyły im wozy milicyjne – nyski. Zarówno piesi milicjanci, jak również funkcjonariusze znajdujący się w nyskach strzelali z ostrej amunicji w kierunku zgromadzonych ludzi. Po jednym takim ataku udało mi się bez szwanku przebiec do skrzyżowania ulicy Kopernika z ulicą Odrodzenia. Niedaleko tego skrzyżowania stała grupa ludzi tuż koło dużej, grubej krwawej plamy. Powiedziano mi, że tu właśnie zabito dwóch ludzi. Spod pijalni piwa „Gwarek” przeszedłem przez plac przy małym kościele do grupy ludzi zgromadzonych pomiędzy plebanią a starymi murami obronnymi. Usłyszałem krzyk, że ktoś został raniony. Tuż przy murach obronnych kilku ludzi próbowało udzielić pomocy rannemu. Zauważyłem, że robią to nieumiejętnie. Rannym był młody mężczyzna w wieku ponad 25 lat. Postrzelony został w obie ręce i brzuch. Ktoś porwał własną koszulę i prowizorycznie obandażowaliśmy rannego. On nie mógł iść o własnych siłach. Niosąc go, biegliśmy w kierunku małego kościoła. Widząc to, stojąca koło kościoła rozwścieczona grupa ludzi dopadła do stojącego milicjanta z drogówki i poczęła go bić. Stanąłem w obronie tego milicjanta, wołając, że on przecież nie jest niczemu winien. Niektórzy wrzeszczeli, że jestem kapusiem, że bronię morderców. Kilku mężczyzn pomogło mi obronić tego gliniarza, który szybko wycofał się do Rynku. Pomagając nieść rannego, przypomniałem sobie, że przecież tuż obok zaparkowałem swego malucha. Wcisnęliśmy rannego do malucha. Zawiozłem go do szpitala przy ulicy Bema. […]

Jan Madej

 

[…] W rejonie, gdzie ja zatrzymałam się samochodem marki

Żuk, znajdowała się grupa ludzi około 200 osób Jeszcze raz zeznaję, że nie widziałam, by ktoś rzucał kamieniami czy butelkami w stronę funkcjonariuszy MO. Kiedy zauważyłam strzelających na skrzyżowaniu ulic Odrodzenia i Kopernika funkcjonariuszy MO, to tłum ludzi stał dookoła tegoż skrzyżowania. Na oddane strzały ludzie uciekali we wszystkich kierunkach. […] Nie potrafię opisać, na jakich wysokościach były oddawane strzały. Jeden z funkcjonariuszy MO strzelał do góry i z tego, co widziałam, dwóch strzelało na wprost. Były to strzały w postaci krótkich serii. […]

Z protokołu przesłuchania Heleny Marcinkowskiej

…do góry…

 

Widziałam 6-7 funkcjonariuszy. Milicjanci strzelali z

karabinów. Były one dość długie. Milicjanci trzymali je w dwóch rękach. Niektórzy z tych funkcjonariuszy strzelali w powietrze, gdyż widziałam, że lufy karabinów podniesione są do góry. Inni natomiast strzelali w różnych kierunkach. Jeden z milicjantów strzelał do tyłu, w kierunku Rynku. Inni strzelali w stronę, gdzie był zaparkowany mój samochód. Strzelali na boki i chyba też na wprost, gdyż wykonywali ruchy bronią.

Z protokołu przesłuchania Heleny Marcinkowskiej

 

[…] Widziałem grupę stojącą za Pocztą Główną,

śpiewającą hymn. W tym kierunku szło pięciu zomowców, strzelając z granatów i ostrej amunicji. Poznałem to, bo słyszałem gwizd pocisków. Ja schowałem się za murek. Słyszałem krzyki ludzi, że jeden został już ugodzony. Tłum się rozpierzchł, a milicjanci wycofali się do Rynku. Przeszedłem pod plebanię. Tam zauważyłem dwóch młodych ludzi w wieku około 30 lat, którzy mieli pokrwawione ręce aż po łokcie. Zapytałem ich, co się stało. Odpowiedzieli, że zanieśli na plebanię kolegę, któremu przestrzelono kolano. Po chwili przyjechało pogotowie ratunkowe i na noszach wniesiono go do karetki. Karetka odjechała. Duża grupa ludzi stała nad strumykiem Baczyną. W ich kierunku milicjanci stojący w Rynku strzelili z petard i z ostrej amunicji. Ludzie nie odrzucali nawet petard, bowiem odległość była zbyt wielka.

Edward Wertka

 

[…] Na punkcie krwiodawstwa nie chciano pobrać krwi ode

mnie ze względu na to, że chorowałem na wrzody. Jedynie proszono mnie, bym apelował do kolegów, znajomych i sąsiadów o oddawanie krwi potrzebnej rannym. Ze szpitala wyjechałem z myślą, by zatrzymując się przy grupach ludzi, apelować o oddawanie krwi. Jechałem koło dworca PKS, ulicą Kościuszki, Kilińskiego, przez Rynek, ulicę Odrodzenia. Tuż przy przystanku WPK koło PZU zatrzymał się przede mną jadący radiowóz milicyjny, z którego wysiadł gliniarz i strzelił do samotnie stojącego chłopca w wieku 12-14 lat. Granat z gazem łzawiącym ugodził go w brzuch. Milicjant wsiadł do radiowozu i odjechał. Chłopiec upadł, potem podniósł się i uciekł. Ja pojechałem dalej.

Przy pijalni piwa „Gwarek” wokół dużej plamy krwi już ułożono z krawężników krąg, w którym leżały kwiaty i paliły się znicze oraz tkwiła tabliczka z napisem: „ZGINĘLI Z RĄK WŁADZY LUDOWEJ”. Wokół tego miejsca stała duża grupa ludzi […].

Jan Madej

 

Z rękoma w kieszeniach przyglądałem się tyralierze

zomowców idących od Ratusza. Poczułem gwałtowny ból lewej dłoni. Wyciągnąłem ją z kieszeni, była poszarpana i tryskała krwią. W pierwszej chwili nie wiedziałem, co się stało. Później okazało się, że jestem ranny także w prawe przedramię i w brzuch. Stałem bowiem bokiem do linii wystrzału i kula, przeszywając mi lewą dłoń, przeszła przez brzuch, a następnie przez prawe przedramię, gdzie znalazła swój wylot. Miałem jeszcze tyle sił, że starczyło na ucieczkę. Kolega podarł swoją koszulę i opatrzył mi rękę. Traciłem siły. Pamiętam jeszcze, że czterech przygodnych ludzi niosło mnie w kierunku małego kościoła.

Henryk Huzarewicz

 

Zauważyłem, że milicjanci przegrupowali i się i zwartym

szykiem stanęli pomiędzy tłumem znajdującym się przy „Ratuszowej” a Ratuszem. Zaczęli strzelać ludziom pod nogi z pocisków z gazem łzawiącym. Plac wypełnił się gęstymi oparami gazów. W tym czasie wiatr wiał od Osiedla Przylesie i chmury gazu dławiły ludzi. Poczęli się rozbiegać, biegli w miejsca, gdzie zagęszczenie gazu było mniejsze. Wycofać się było bardzo trudno. W tył do baszty niemożliwe, bo zbity tłum uniemożliwiał szybkie wycofanie się. Przeszliśmy koło dużego kościoła w kierunku ulicy Kopernika, koło liceum ogólnokształcącego pod piwiarnię „Gwarek”.

Od Rynku w kierunku ulicy Odrodzenia zwartym kordonem szli milicjanci, towarzyszyły im nyski i strzelali do ludzi, początkowo pociskami z gazem łzawiącym. My obeszliśmy kościół i podeszliśmy pod zabytkowe mury obronne. W tym miejscu było około 500 osób. I tam przekonałem się, że milicjanci strzelają z ostrej amunicji, bo ze ścian budynku sypał się tynk. Strzelano również w kierunku muru obronnego. Tu postrzelony został mężczyzna w brzuch i rękę. Ludzie natychmiast udzielili mu pomocy. Przenieśli go do prywatnego samochodu. Był to Wartburg, czy też Fiat. […]

Mirosław Bodnar

 
Lubin82_ZOMO_7_fot_K_Raczkowiak
 

Oczekując na autobus wraz z wieloma innymi osobami

zwróciłem uwagę, że zza poczty wyszło czterech uzbrojonych mężczyzn w mundurach wojskowych – polowych. Być może, że było ich trzech. Byli ubrani w hełmach, mieli broń oraz jeszcze jakieś przyrządy, które prawdopodobnie służyły do wystrzeliwania rakiet. W rejonie tym nie było żadnych rozruchów ani okrzyków. Nie było też wozów milicyjnych ani funkcjonariuszy MO za wyjątkiem osób, o których wspomniałem. Nikt tych mężczyzn nie atakował ani nie rzucał w nich kamieniami. Nie wydawano też pod ich adresem żadnych okrzyków. Ponieważ ci mężczyźni byli ode mnie w odległości około 30 metrów zwróciłem na nich uwagę. W pewnym momencie otworzyli oni ogień do oczekujących na autobus ludzi. Przeraziło to mnie, gdyż zauważyłem, że obok mnie padło dwóch mężczyzn. Gdy podbiegłem do nich, zauważyłem zmasakrowaną twarz starszego z nich. Miał on około 45 lat, tęgi z wąsami. Gdy go poruszałem, nie dawał znaków życia. Wedle mego rozeznania otrzymał strzał w okolicy nosa. Poruszałem go, a następnie podbiegłem do drugiego, leżącego obok. Był to chłopiec lat około 18, szczupły, dosyć wysoki. Zauważyłem, że miał przestrzeloną klatkę piersiową na wylot. W chwili tej żył on jeszcze, gdyż poruszał się. Włożyliśmy obu do stojącego obok samochodu marki Żuk lub tego typu i samochód odjechał.

Z protokołu przesłuchania Józefa Pankiewicza

 

[…] Gdy milicjanci zbliżali się do nas, my usuwaliśmy się na

podwórka ale najlepszym punktem obserwacyjnym był murek znajdujący się przed Składnicą Harcerską. Wracaliśmy na ten murek i widzieliśmy rajdujące po łąkach, za małym kościołem, milicyjne nyski, z których milicjanci strzelali. Widziałem, jak trzech milicjantów pobierało długą broń z radiowozu. Tworzono grupy 6-7-osobowe. Niektórzy milicjanci posiadali długą broń i strzelali w kierunku ludzi znajdujących się koło małego kościoła. Zauważyłem, że strzelają z ostrej amunicji, bowiem świadczył o tym sypiący się tynk ze ścian domów i sypiące się kamyki z muru obronnego. Stojąc na murku i obserwując strzelających milicjantów, zostałem postrzelony w głowę. Strzelano do mnie z tyłu. Zostałem ugodzony w kość ciemieniową. Podbiegły dwie kobiety i zaprowadziły mnie do klatki schodowej, gdzie obandażowały mi głowę. Potem ludzie doprowadzili mnie pod DKZM, skąd do szpitala przewiozła mnie karetka pogotowia. […]

Mirosław Kwiatkowski

 

Trzy milicyjne nyski urządziły rajd w kierunku grupy ludzi,

ulicą po trawnikach i skwerkach. Podjechawszy bliżej zaczęli ostrzeliwać ją z granatów i ostrej amunicji. Widziałem w górnym luku wychylonego milicjanta, strzelającego z pistoletu maszynowego kbk-AK. Z otwartych drzwi bocznych milicjanci również strzelali. Widziałem, jak puszczono serię, to piach podskakiwał. Niektórzy ludzie kładli się, inni znów uciekali. Nyski wracały do Rynku, by po chwili ponownie ruszyć z nagonką. Rajdy te powtarzały się kilkakrotnie. Jeździli jak kowboje, strzelając za uciekającymi ludźmi. Wróciłem pod mały kościół. Stamtąd obserwowałem, jak milicjanci strzelają, popisując się przed sobą nawzajem. Zobaczyłem, jak jeden zomowiec wyszedł z grupy i strzelał, celując do wybranych przez siebie celów. Strzelał w kierunku otworu okiennego, znajdującego się w murze obronnym. Sprawdziłem później, że z tego miejsca wyraźnie widać było mostek dla pieszych na Baczynie. A tam przecież został śmiertelnie postrzelony Adamowicz. Zomowiec oddawał pojedyncze strzały. Po chwili usłyszałem krzyk, że na mostku został ktoś ugodzony. Leży na mostku. Grupa ośmiu zomowców ponownie zaatakowała demonstrantów, strzelając z ostrej amunicji i petard. Ludzie poczęli cofać się i uciekać. Ja cofałem się tyłem, by zdążyć uchylić się przed lecącymi petardami. Usłyszałem świst kul. Widziałem, jak kilku milicjantów wyraźnie celuje i strzela w naszym kierunku. Odwróciłem się, by szybciej uciec.

Gdy tylko się odwróciłem i nie zdążyłem zrobić dwóch kroków, poczułem silny ból w prawym ramieniu. Udało mi się jeszcze samodzielnie dojść do dużej lipy rosnącej koło kościoła. Podbiegli do mnie dwaj młodzi mężczyźni i pomogli mi dojść do plebanii. Na plebanii prosiłem księdza, by zadzwoniono do pogotowia ratunkowego. Ksiądz mi odrzekł, że telefony są wyłączone. Na plebanii była siostra, która posiadała bandaże i obandażowała mi ranę. Tymczasem ludzie zatrzymali nyskę z łączności, którą przewieziono mnie do szpitala. W szpitalu stwierdzono ranę postrzałową od tyłu prawego barku na wylot, z uszkodzeniem kości.

Edward Wertka

 
Lubin82_ZOMO_3_fot_K_Raczkowiak
 

[…] Nie byłem na Rynku w chwili rozpoczęcia manifestacji.

Gdy wybiegałem z domu, słyszałem już odgłos strzałów dochodzących z Rynku. Zatrzymałem się przy kiosku warzywnym na ulicy Ścinawskiej (ul. Mieszka I). Spojrzałem na zegarek, była godzina 16.40. Żałowałem bardzo, że się spóźniłem, lecz byłem zadowolony, widząc tak olbrzymie tłumy manifestujących. Milicjanci, stojący koło Ratusza, strzelali we wszystkich kierunkach. Raz posuwali się w kierunku poczty, potem znów atakowali ludzi, idąc w kierunku Przylesia lub ulicy Ścinawskiej. Gdy koło nas uspokoiło się na chwilę, usiadłem na murku koło gabloty z ogłoszeniami i zapaliłem papierosa. Byłem obrócony tyłem do Rynku. Wówczas zostałem postrzelony w piszczel lewej nogi oraz w prawą stopę. Zauważyłem, że gablota jest również postrzelana. Stąd przypuszczam, że to była seria oddana w moim kierunku. Wstałem i chciałem iść, lecz poczułem silny, drętwy ból i upadłem na trawnik. Pobiegli do mnie ludzie, ułożyli mnie na ławce, założyli opatrunek uciskowy. Po pewnym czasie – trudno mi określić, jak długo to trwało – przyjechała karetka pogotowia i odwiozła mnie do szpitala […].

Andrzej Dudziak

…do góry…

 

[…] Gdy oni strzelali do nas z granatów, to i myśmy

wycofali się za Baczynę, by po chwili wrócić bliżej pod mury obronne. Znajdując się w niecce naprzeciw małego kościoła, zauważyliśmy, że milicjanci znajdujący się w Rynku strzelają w naszym kierunku z ostrej amunicji. Stwierdziliśmy to, widząc sypiące się odpryski z muru kościelnego. Zobaczyłem, że drzwi kościoła są postrzelane.

[…] Gdy z wierzby, pod którą staliśmy, zaczęły spadać zestrzelone gałązki, przesunęliśmy się bliżej do mostku dla pieszych. Ktoś krzyknął: „Na mostku leży ranny!”. Podbiegłem do mostku i zobaczyłem mężczyznę, leżącego twarzą do betonu. Z przestrzelonej potylicy głowy płynęła krew. Ktoś na ranę położył chusteczkę do nosa, by zatamować płynącą krew. Ktoś pomógł mi go odwrócić. Twarz jego była zmasakrowana, postrzępiona. Zamierzaliśmy go nieść, lecz ktoś krzyknął: „Jadą samochody!”. Po łące od strony ronda jechała milicyjna nyska. W otwartych drzwiach bocznych siedzieli milicjanci, strzelając w naszym kierunku. Widać było, jak pociski zrywają kępki traw. Położyliśmy się na ziemi. Nyska pojechała w kierunku ulicy Sikorskiego. Podnieśliśmy się, chwyciliśmy rannego za ręce i nogi i biegiem ponieśliśmy go do ronda. Ktoś, kto biegł wcześniej, przy przystanku autobusowym zatrzymał jakiś prywatny wóz osobowy, Fiat koloru brązowego. Po wyjęciu tylnych siedzeń i zapakowaniu ich do bagażnika, ułożyliśmy tam rannego i jeden z naszej grupy wsiadł do wozu, podtrzymując mu głowę. Fiat odjechał do szpitala.

Wraz z żoną poszliśmy przez łąkę w kierunku Osiedla Świerczewskiego. Zbliżając się do ulicy Świerczewskiego, zauważyliśmy, że biegnie dwóch mężczyzn, uciekając przed ścigającym ich samochodem milicyjnym. Jeden z nich skręcił gwałtownie w bok pomiędzy drzewa. Tymczasem drugi mężczyzna uciekał zygzakiem przed tą nyską. Usłyszałem strzał. Uciekający upadł, a nysa przejechała go w ten sposób, że mężczyzna znalazł się między kołami. Po chwili wóz zatrzymał się i cofnął, mijając leżącego bokiem. Wyskoczyło dwóch milicjantów i wrzucili rannego do wozu przez otwarte boczne drzwi […]

Mateusz Borkowski

 

Strzelano z odległości kilkudziesięciu metrów na wprost. Ja

skryłem się za drewniany barak, stojący przy budowanej wówczas plebanii. Pociski uderzyły w deski tak, że sypały mi się drzazgi na głowę. Uciekłem pod bramę małego kościoła. Ciągle strzelano, podziurawiono drzwi kościoła. Skryłem się za kościół. Przeszedłem mostem nad rzeczką Baczyną na łączkę. Leżał tam adidas, ludzie mówili, że tu został zabity chłopiec, że to jego adidas, że ciało wrzucone do tej nyski, z której do niego strzelano, gdy uciekał.

Gdy nadjechały nyski milicyjne, z których milicjanci strzelali do nas, stojąc w otwartych drzwiach, uciekłem w kierunku ronda do siostry, która mieszka na ulicy Zawadzkiego. Tam była moja mama i chciała zabrać mnie do domu. Ja byłem ciekawy, co się dzieje w tych miejscach, gdzie byłem uprzednio. Wyrwałem się z domu i pobiegłem koło mostku, gdzie postrzelono Adamowicza, dalej koło małego kościoła pod pijalnię piwa „Gwarek”. Tam dowiedziałem się, że tu też zostały postrzelone dwie osoby. Stamtąd wróciłem do domu.

Mirosław Bodnar

 

Ktoś krzyknął: „Patrzajcie! Już jest ktoś zabity na mostku!”.

Zobaczyłem, że dwóch mężczyzn już go niosło. Robili to szybko. Nieśli go tak byle jak, żeby odnieść jak najdalej. Jeden z nich trzymał go za rękę, drugi za nogę. Tak ciągnęli go po trawie. Milicjanci nadal strzelali. Dlatego też mężczyźni rzucili postrzelonego. Dodaję, że rzucili go głównie z tego powodu, że na łąkę od strony ronda wjechały dwie nysy. Drzwi boczne były otwarte. Były to drzwi przesuwane. W środku widziałem milicjantów. Byli oni w hełmach, ale nie potrafię określić, czy hełmy były z przyłbicami. Miały chyba kolor zielonkawy. Nie mogłem tego dokładnie widzieć, gdyż łzawiły mi oczy. Widziałem jednak, że w samochodzie klęczeli milicjanci. Nysy te miały kolor niebieski. Milicjanci klęcząc strzelali. Nie widziałem, jaką oni mieli broń. Widać było tylko końcówki luf. Nysy te jeździły z dużą szybkością. Milicjanci strzelali przez cały czas. Przejechały raz przez łąkę, a następnie pojechały w stronę kościółka. Widząc te samochody, przewróciłem się pod drzewo. Zrobiłem tak, gdyż jechały one nadal. Oprócz mnie pod drzewo rzuciły się dwie kobiety. One płakały, mówiły: „Wykończą nas”.

Maciej Jabłoński

 

[…] Gdy się obejrzałem, zobaczyłem, że milicyjna nyska

jeździ w koło za uciekającym młodym człowiekiem. W pewnym momencie w okienku samochodu pojawiła się ręka – padł strzał. Chłopiec wyrzucił ręce w górę i padł, jeszcze próbował na czworakach uciekać przed oprawcami, lecz samochód był szybszy. Przejechał człowieka. Dopiero po chwili zorientowałem się, że krzyczę: „Mordercy!”.

Z relacji uczestnika demonstracji

 

[…] Milicjanci cały czas strzelali z petard, granatów

łzawiących i z ostrej amunicji. Gdy ostrzał się wzmógł, przemieściliśmy się bliżej małego kościoła. Tam znów ktoś został ranny. Dostał postrzał przez rękę w brzuch. My, gdy strzelanina nieco osłabła, udaliśmy się do dużego kościoła, gdzie o godzinie 18. rozpoczynało się nabożeństwo. W kościele byłam do godziny 18.30. Idąc już do domu, postanowiłam odwiedzić jeszcze koleżankę, która mieszka przy ulicy Mickiewicza. Nie doszłam jeszcze do ulicy Kościuszki, kiedy przechodnie poinformowali mnie, że zomowcy wyłapują młodych ludzi, biją ich i zawożą na Komendę MO. Pragnęłam wrócić do domu, lecz gdy zbliżałam się do alei Niepodległości, zauważyłam, że od strony „Konkretów” jadą dwie milicyjne nyski. Cofnęłam się nieco pod kiosk Ruchu. Zauważyłam, jak z pierwszej nyski stojący w drzwiach młody milicjant strzelił petardą w kierunku punktowców. Z drugiego wozu otyły milicjant strzelił do mnie, mierząc z krótkiej broni z odległości około 6 metrów. Poczułam ból w nodze. Noga mi zdrętwiała, chciałam jeszcze uciekać, lecz upadłam. Wozy milicyjne pojechały dalej, nie zatrzymując się. Po chwili podbiegło do mnie kilku mężczyzn. Jeden z nich ścisnął mi udo paskiem, by zapobiec krwawieniu. Po kilku minutach nadjechała karetka pogotowia i zabrała mnie do szpitala. Dzięki Bogu kość nie została postrzelona. […]

Brygida Wieczorek

 

Na pustej ulicy milicjant siedzący w otwartych bocznych

drzwiach wolno jadącej nyski strzelił do kobiety idącej z dziecinnym wózkiem. Świeca dymna utkwiła w koszyku pod wózkiem. Słyszałem głośny rechot.

Krzysztof Raczkowiak

 

[…] Najważniejsze zdjęcie mojego dotychczasowego życia

– grupy mężczyzn niosących śmiertelnie rannego Michała Adamowicza – zrobiłem biegnąc razem z nimi. Chwilę wcześniej sfotografowałem ludzi nachylających się nad leżącym człowiekiem, widać między nimi zakrwawioną głowę. Byłem wtedy w jakimś amoku, moja pamięć tego prawie nie zarejestrowała.

[…] Dopiero następnego dnia, gdy wywołałem filmy i zrobiłem powiększenia, zobaczyłem scenę, przy której naprawdę zabiło mi serce. Zrozumiałem, czego byłem świadkiem – na moich oczach zamordowano człowieka.

Krzysztof Raczkowiak

 
Lubin82_Michal_Adamowicz_fot_K_Raczkowiak
 

Byłem w okolicy kaplicy Zamkowej. Jest to ostatni budynek

w tej części centrum, dalej w kierunku Osiedla Przylesie i Świerczewskiego (obecnie Nasza Chata) ciągną się błonia rzadko porośnięte drzewami, z płynącą przez nie rzeczką Zimnicą. Odległość do placu Wolności wynosiła około 150-200 m. ZOMO stało koło Ratusza i od czasu do czasu robiło wypady w różnych kierunkach. To tam przeżyłem chwile strachu, gdy serie pocisków ścinały liście i gałęzie nad naszymi głowami. […] W pewnym momencie na małym mostku na Zimnicy rozległ się czyjś krzyk. Byłem około 10 m od tego miejsca. Zobaczyłem kilka osób nachylających się nad kimś (jak się później okazało, był to Michał Adamowicz). Wtedy zrobiłem pierwsze zdjęcie. Pobiegłem w kierunku zdarzenia. Czterech mężczyzn chwyciło leżącego za ręce i zaczęło biec w kierunku ulicy Zawadzkiego. Nie wiadomo skąd, od tyłu zaczęto strzelać. Niosący Adamowicza puścili go i wraz z kilkoma osobami (byłem wśród nich) schowali się w głębokim kanale Zimnicy.

Krzysztof Raczkowiak

 

Po usłyszeniu strzałów wyjrzałem przez okno. Zauważyłem,

że od placu Wolności w kierunku ulicy Kopernika szły trzy rzędy funkcjonariuszy MO ubranych w umundurowanie moro, posiadający przy sobie długą broń – kbk-AK. Znam tę broń z okresu służby wojskowej. Przed tymi milicjantami, kiedy już byli oni na skrzyżowaniu ulic Odrodzenia i Kopernika, w odległości około 60 metrów znajdowała się grupa ludzi około 200 osób. W momencie kiedy to widziałem, nikt z tej grupy nie rzucał niczego w stronę funkcjonariuszy MO. Zauważyłem, jak na wspomnianym skrzyżowaniu funkcjonariusze zaczęli strzelać z kbk-AK w kierunku pijalni piwa. Po serii strzałów widziałem, jak jeden z mężczyzn stojących w pobliżu przystanku WPK i na parkingu, gdzie stał samochód marki Żuk, upadł. W pierwszej chwili sądziłem, że się wystraszył. Jednakże na jego twarzy zauważyłem krew. Mężczyznę tego włożono do Żuka a po chwili przyniesiono jeszcze jednego, który musiał zostać ranny też w pobliżu opisanego wyżej miejsca.

[…] Trwało to strzelanie około 2-3 minuty. Po oddaniu strzałów funkcjonariusze MO wycofali się w stronę placu Wolności. […] Widziałem jak po tych strzałach grupa ludzi około 200 osób zaczęła rzucać w stronę funkcjonariuszy MO kamieniami i podnoszono okrzyki: „Zabiliście ludzi”. Po tym więcej nie obserwowałem już zajść, bojąc się nawet, by nie zostać trafiony pociskami czy też gazem łzawiącym. […]

Z protokołu przesłuchania Jana Szymańskiego

…do góry…

 

Będąc na półpiętrze, widziałem, jak przez okno wpadły na

nasz korytarz dwa granaty łzawiące i na ścianę poleciała seria strzałów z bojowej amunicji. Widząc to, udałem się do piwnicy. Siedząc tam, zobaczyłem, jak ktoś kopnął butem w okno, a następnie do piwnicy wpadł granat łzawiący. Wówczas złapałem ten granat i przez drugie okno chciałem wyrzucić go na zewnątrz. Wtedy padła seria strzałów, uszkadzając tynk. Po chwili wpadł jeszcze jeden granat łzawiący.

Edward Kimel

 

Zostałam raptownie szarpnięta przez ojca za rękę i to

uratowało mnie przed uderzeniem granatu z gazem łzawiącym, który wybił szybę i odbiwszy się od framugi, upadł na podłogę balkonu. To była straszna noc. Na dachach domów umieszczono kilka reflektorów o bardzo silnym świetle, które penetrowały mieszkania. Po ulicach i podwórkach jeździły milicyjne suki i chodziły patrole strzelające do okien. Strzelanina trwała do wczesnych godzin porannych.

Elżbieta Kwiatkowska

 

[…] Po rozpędzeniu przez oddziały ZOMO spod Ratusza

znalazłem się wraz z tłumem ludzi koło Poczty Głównej. Oddział ZOMO szedł od Ratusza w naszym kierunku, strzelając petardami z gazem. Po dojściu do skrzyżowania ulic Kopernika i Odrodzenia (koło Poczty Głównej), odłożyli na bok armatki od petard i zaczęli strzelać z amunicji ostrej i ślepej. W pewnym momencie zauważyłem, że jeden z mężczyzn stojących obok mnie dostał kulą w twarz (w policzek, a drugi otrzymał strzał kulą w brzuch). Po tych wydarzeniach oddziały ZOMO wycofały się do Ratusza, a ludność tych dwóch mężczyzn załadowała do Żuka w celu odwiezienia ich do szpitala. Tłum ludzi, jaki się tam znajdował, a był to dość znaczny tłum, składający się z kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku, nie używał żadnej przemocy wobec oddziałów ZOMO, jedynie odrzucał petardy. Po tych zajściach dopiero zaczęto rzucać kamieniami. […] Wracając od Osiedla Świerczewskiego do Poczty Głównej, widziałem, jak samochód z ZOMO przejechał przez łąkę za małym kościołem i kierował się w kierunku Osiedla Świerczewskiego. Na bocznej drodze stał chłopak i w chwili gdy zauważył, że oni podjeżdżają w jego kierunku, zaczął uciekać i wtedy z samochodu padł strzał z odległości około 4 m. Samochód kawałek odjechał, lecz zaraz cofnął i zabrali tego chłopaka w czterech do samochodu.

Z relacji uczestnika demonstracji

 

[…] Wydarzyło się to po godzinie 17:00 (około 17:30). W

pewnej chwili nyska MO zaczęła gonić młodego człowieka, idącego od strony małego kościoła. Był ubrany w jasną koszulę (prawdopodobnie beżową) oraz ciemne spodnie. Ratując się przed najechaniem nyską, zaczął szybko uciekać na wprost brukowaną dróżką, a następnie skręcił w prawo, klucząc zygzakami po łączce. Nyska ostro skręcała za nim i gdy chłopak znów skręcił w lewo w kierunku dróżki, padł strzał (z tyłu). W tym samym momencie chłopak padł twarzą na bruk. Rozpędzona nyska najechała na niego, hamując w momencie, gdy ciało prawie schowało się pod samochodem. Nyska cofnęła się i odjechała kilkanaście metrów, młody człowiek leżał cały czas bez ruchu. Z nyski wysiadło czterech zomowców, którzy po cofnięciu nyską i otwarciu tylnych drzwi, wzięli ciało i niosąc je twarzą do ziemi, rzucili z rozpędem do środka. […] Po odjechaniu zomowców ludzie zaczęli schodzić się wokół tego miejsca, gdzie oprócz kałuży krwi leżał biało-niebieski adidas oraz książeczka (jasna) do nabożeństwa.

Z relacji uczestnika demonstracji

 
Lubin82_miejsce_1_fot_K_Raczkowiak
 

[…] Dochodząc do ulicy Wrocławskiej, zauważyłem, że od

strony małego kościoła w moim kierunku jedzie nyska milicyjna. Byłem przekonany, że idąc spokojnie, samotnie, nie będę atakowany przez milicjantów. Lecz zauważyłem, że nyska jedzie prosto na mnie. Gdy zbliżyła się do mnie na odległość około 5 metrów, zawróciłem i zacząłem uciekać. Słysząc za plecami warkot silnika, uciekałem zygzakiem. Koło mych uszu gwizdały kule. Uciekając, kątem oka zauważyłem, że mam pokrwawioną koszulę. Nogi mi się ugięły. W tym momencie poczułem uderzenie w plecy. Straciłem przytomność. Po odzyskaniu przytomności usłyszałem, jak ktoś powiedział: „Zabrać go do szpitala”. Wrzucono mnie do samochodu i zawieziono do szpitala. […]

Ryszard Stefanowicz

 

Tłum był po obu stronach placu Wolności, kiedy kordon

ruszył w ulicę Odrodzenia, z drugiej strony tłum nacierał na placu Wolności i odwrotnie. My z Mariuszem przesunęliśmy się w stronę pijalni piwa „Gwarek”. Straciliśmy z pola obserwacji skrzyżowanie placu Wolności z ulicy Odrodzenia. W tym momencie tłum był cofnięty. W następnym momencie w tłumie powstało takie radosne podniecenie i ruszył do przodu. Powiedziałem: „Chyba dopadli nyskę”. Widziałem na skrzyżowaniu nyskę osiatkowaną, jaką używało ZOMO. Ten napór tłumu trwał moment, bo przed nyską szedł kordon funkcjonariuszy. W tym kordonie szli funkcjonariusze ZOMO. Byli oni uzbrojeni w RWGŁ i pałki szturmowe. Broni nie widziałem u nich. Tłum cofnął się. Z Mariuszem usłyszeliśmy strzały. Były to strzały z ostrej amunicji. Ja świstu kul nie słyszałem. Były to serie krótkie, gdzieś po 5-10 pocisków. My cofnęliśmy się w głąb ulicy Odrodzenia oddalając się od placu Wolności. Nastąpiło ponowne strzelanie z ostrej amunicji z tą różnicą, że już słyszałem świst kul. Jedna z nich przeleciała dość blisko mojej głowy nade mną i odruchowo uchyliłem głowę. Strzały padły od strony kordonu. Szły od osi ulicy do placu Wolności. Nie czekaliśmy na dalszy rozwój i przez płot przeszliśmy na teren gazowni i po zejściu z linii strzału wycofaliśmy się. Było słychać strzały, ale nie były to już strzały z ostrej amunicji.

Strzały się mieszały. Strzelano z RWGŁ i trudno było odróżnić poszczególne rodzaje broni. Wycofaliśmy się w rejon Komendy MO, a później w rejon Domu Kultury Zagłębia Miedziowego. Po rozproszeniu tłumu na placu Wolności udaliśmy się tam, a następnie wróciliśmy do Komendy Miejskiej MO. […]

Z protokołu przesłuchania funkcjonariusza MO Zygmunta Adamczyka

 

[…] Ja nie widziałem, kto strzelał. Z kordonu nie strzelali.

Funkcjonariusze z kordonu strzelali z RWGŁ. Być może strzelał ktoś z nyski. Za nyską już nikogo ja nie widziałem. Po pierwszych strzałach w powietrze, kiedy nie było słychać świstu, tłum cofnął się. Było tak, że tłum cofał się powoli, odrzucając i odkopując granaty łzawiące w stronę kordonu. Było to takie agresywne cofnięcie, odgrażanie się. Krótko po tym strzały z ostrej amunicji już szły nisko. Kiedy my już przeszliśmy na teren gazowni, strzały z ostrej amunicji było jeszcze słychać. Kiedy wyszliśmy z terenu gazowni na ulicy Odrodzenia, nie zwracałem już uwagi na rodzaj strzałów. Chciałem jak najszybciej opuścić ten rejon.

Według mej oceny nie było absolutnie takiej potrzeby, aby używać ostrej amunicji i strzelać w tłum. Tłum cofał się i nie atakował milicjantów kamieniami lub butelkami. […]

Z protokołu przesłuchania funkcjonariusza MO Zygmunta Adamczyka

 

[…] W pewnym momencie tłum jakby się zawahał i zaczął

się cofać. Wówczas zobaczyliśmy, jak całą szerokością ulicy Odrodzenia od strony Rynku szedł kordon milicjantów. Trudno mi powiedzieć, jaki to był oddział. Byli ubrani w kaski z przyłbicami, mieli wyrzutnie oraz pałki szturmowe w rękach. Nie widziałem w ich rękach broni palnej. Nie wiem, czy to był oddział NOMO czy też ZOMO. Byli to chyba funkcjonariusze NOMO. Za nimi jechała nysa. Na pewno widziałem jedną nysę okratowaną. Być może była druga, ale nie jestem pewny. Wówczas padły strzały. Kto strzelał, tego nie wiem. Na pewno nikt z kordonu, bo oni nie mieli kbk-AK. Po tych pierwszych strzałach, były to strzały z ostrej amunicji, najpierw były strzały pojedyncze, zorientowałem się, że są to strzały pojedyncze, a później krótkie serie po 2-3-4 pociski. Były to krótkie serie. Ludzie zaczęli krzyczeć, że strzelają z ostrej amunicji. Zaczęła się panika, wszyscy zaczęli uciekać. Strzały padały od strony kordonu i jadącej nysy. Nie widziałem, aby strzelał ktoś z kordonu. Być może strzelał ktoś z nysy, ale ja tego nie widziałem. Po pierwszych strzałach myślałem, że jest to strzelanie na postrach w powietrze. Kiedy jednak nad głową przeleciały mi dwa pociski, domyśliłem się, że jest to ostre strzelanie. Przykucnęliśmy, gdyż pociski szły nisko. Nie było to na pewno strzelanie w powietrze. Było to typowe strzelanie na wprost. Wyjaśniam, że wcześniej funkcjonariusze także strzelali, ale w powietrze na postrach. Początkowo były to strzały ze ślepej amunicji, a później także z ostrej. Nie widziałem, który oddział strzelał, gdyż nie widziałem tego. Przedtem, zanim tłum krzycząc „hura” ruszył do przodu, nie słyszałem strzałów, a tylko odgłosy używania wyrzutni. Widać też było lecące granaty, które ludzie odrzucali.

Z protokołu przesłuchania funkcjonariusza MO Mariusza Michalskiego

…do góry…

 

[…] Kiedy strzały nie ustawały przeszliśmy przez płot i tam

położyliśmy się na ziemi a następnie wycofaliśmy się w stronę Komendy MO. Nie mogę określić, ile czasu trwało strzelanie. Było krótko. Padło gdzieś około 5-6 serii, tych krótkich. Kiedy ludzie zaczęli uciekać, strzelanie ustało. Ja nie słyszałem żadnych okrzyków, że kogoś zabito, zraniono. Na pewno ludzie by to krzyczeli. Co się dalej działo, tego nie wiem, bo poszliśmy z drugiej strony. Strzałów z ostrej amunicji już nie było słychać. Według mojej oceny nie zachodziła taka potrzeba, aby strzelać z ostrej amunicji w kierunku ludzi. Jest to ostateczność. A takiej sytuacji, aby użyć broni, nie było. Jako funkcjonariusz MO nie wydałbym polecenia użycia broni. Sytuacja, jaka wtedy była, nie zagrażała życiu funkcjonariuszy.

Z protokołu przesłuchania funkcjonariusza MO Mariusza Michalskiego

 

[…] Znaleźliśmy się w położeniu zagrażającym naszemu

zdrowiu, a może i życiu. Samorzutnie zacząłem strzelać z karabinu ślepą amunicją. Szybko wystrzelałem magazynek. Tłum początkowo się cofnął, ale potem zaczął znowu napierać. Skończyły mi się ślepe naboje, podłączyłem drugi magazynek. Wiedziałem, że w tym magazynku powinny być ostre naboje. Nikt nie wydał komendy do otwarcia ognia. Zacząłem strzelać ostrą amunicją. Raz strzelałem w asfalt, innym razem w powietrze. Stojąc plecami do ulicy Odrodzenia widziałem, że w wyniku ostrzelania sypie się tynk ze ściany budynku przy Mieszka I róg Piastowskiej. Pamiętam, że był moment, kiedy cofnęliśmy się w głąb ulicy Odrodzenia i stamtąd też strzelaliśmy ostrą amunicją. Kiedy wracaliśmy do Rynku, to na asfalcie tej ulicy widziałem ślady po pociskach. […] Nikt nie wydał komendy do przerwania ognia. Każdy z nas sam przestawał strzelać. Po chwili ludzie znowu zaczynali atakować, więc myśmy znowu zaczynali strzelać bez komendy. Nie potrafię powiedzieć, jak długo to trwało. Nie potrafię powiedzieć, ile wystrzelałem ostrej amunicji i czy zakładałem do karabinu nowe magazynki. Ja nie chciałem nikomu wyrządzić krzywdy. Broniłem się. To żadna przyjemność strzelać, gdy na ulicy znajdują się ludzie. Co innego na strzelnicy.

Z protokołu przesłuchania funkcjonariusza MO Marka Ochala

 

Ludzie znajdowali się od samochodu w odległości około 50

metrów. Tych ludzi było około 50 osób, mogło być też ich więcej. Wtedy szyba się stłukła i kierowca nie mógł cofnąć, ja i pozostali funkcjonariusze poprzez boczne drzwi wysiedliśmy z samochodu, w rękach trzymaliśmy karabiny kbk-AK. Ja miałem w rękach karabin kbk-AK. Ludzie, gdy zobaczyli, że samochód nie może cofnąć, zaczęli podchodzić w naszym kierunku. Zaczęliśmy strzelać z karabinów kbk-AK w kierunku ludzi, kierując lufy karabinów do dołu. Strzelaliśmy w trawę, ale w kierunku, gdzie znajdowali się ludzie. Były to strzały z ostrej amunicji. […] W tym czasie, gdy strzelaliśmy z ostrej amunicji w kierunku ludzi, ale w ziemię, mieliśmy ręczną wyrzutnię gazów łzawiących, ale jej nie używaliśmy. […] Wydaje mi się, że wtedy mogliśmy się obejść bez użycia ostrej amunicji, gdyż sytuacja nie była na tyle groźna i można było tylko użyć środki chemiczne.

Z protokołu przesłuchania funkcjonariusza MO Krzysztofa Cependy

 

[…] Zjechałem do zajezdni przed godziną 5. Poszedłem

zobaczyć autobus z rozbitymi szybami, gdzie koledzy znaleźli nabój lub kulę. Potem szedłem z żoną do domu ulicą Rzeźniczą. To jest co najmniej 700 metrów od Rynku. Ulica była pusta. Nagle poczułem ból w lewym udzie. Żona wróciła do zajezdni, jakieś 150 metrów, zawiadomiła kierownika. Kierownik dał autobus i tym autobusem zostałem przewieziony do szpitala. Nie widziałem nikogo i nie wiem, skąd padł

Kazimierz Rusin

 

W pracy przygnębienie, rozmowy, dyskusje. Zdecydowanie

negatywne oceny działań milicji. Mówiono: „Po co użyli siły”, „Po co strzelali”, „Ludzie po pokojowej manifestacji rozeszliby się do domów”, „To była prowokacja zorganizowana przez MO”, „Tak ma wyglądać porozumienie z narodem”.

Z relacji świadka wydarzeń (1 września, rano)

 

[…] Gdy po godzinie 13. podjechałem pod pijalnię piwa

„Gwarek”, była tam już duża grupa ludzi. W tym samym czasie przyjechała tam ekipa telewizyjna z zamiarem filmowania. Ludzie zirytowani kłamstwami płynącymi z ekranów telewizyjnych zaczęli obrzucać ich wyzwiskami. Niektórzy szukali już kamieni. Nastrój gwałtownie się zmienił, gdy tłumaczka głośno zawołała, że to są korespondenci BBC. Obawiali się, że lada chwila zjawią się funkcjonariusze MSW, którzy nie pozwolą im filmować. Każdy na swój sposób chciał im pomóc. Filmowali postrzelone drzwi kościoła, girlandy kwiatów wokół plam zakrzepłej krwi, prowizoryczny krzyż drewniany i szeregi płonących zniczy, ściągnięte gniewem twarze stojących wokół ludzi oraz napisy namalowane białą farbą na jezdni, chodnikach i murach. Ludzi gromadziło się coraz więcej. Około godziny 15 zebrał się tam kilkutysięczny tłum. Ktoś z tłumu rzucił hasło: „Ruszamy pochodem pod szpital, gdzie leżą postrzelani nasi koledzy”. Kilku z nas wysunęło się na czoło.

Zbigniew Korczowski

 

[…] Sprawnie uformowała się długa kolumna. Szliśmy

ulicami Kopernika, Armii Czerwonej, koło Domu Kultury Zagłębia Miedziowego, aleją Niepodległości, koło jamników, przez skrzyżowanie z ulicą Marii Curie-Skłodowskiej do Szpitala Miejskiego przy ulicy Bema. Przez cały czas, gdy szliśmy ulicami Lubina, pochód nasz szybko się rozrastał. Koło szpitala zatrzymaliśmy się na krotką chwilę, śpiewając pieśni patriotyczne, wznosząc okrzyki i pozdrowienia dla rannych. Z balkonów szpitala personel szpitalny i pacjenci pozdrawiali nas również.

[…] Z centrum Lubina dochodziły do nas odgłosy strzałów. Spoza samochodów zomowcy co chwilę robili wypady i wycofywali się. Młodzi ludzie budowali barykady. Najczęściej używanym materiałem budowlanym były kubły i wózki na śmieci. Broniono się, ponieważ te dzikusy strzelały do okien budynków. Rakietami zapalili kiosk Ruchu przy ulicy 22 Lipca. Spłonął doszczętnie. Zaczął również płonąć dach Szkoły Podstawowej nr 7, lecz ktoś z personelu ugasił ogień w zarodku.

Przez całą noc trwała strzelanina z granatów, petard i rakiet. Tymczasem w telewizyjnym dzienniku wieczornym spiker informował nas: „Na ulicach Lubina zapanował spokój”.

Zbigniew Korczowski

 
Lubin82_marsz1_fot_K_Raczkowiak
 

[…] Cały pochód, który uformował się koło liceum

ogólnokształcącego, szedł koło Domu Towarowego, Domu Kultury Zagłębia Miedziowego, aleją Niepodległości pod szpital przy ulicy Bema. Biorąc pod uwagę fakt, że dnia poprzedniego padli zabici i ranni, byłem zdziwiony, że tak dużo ludzi idzie w pochodzie. Widzieliśmy milicjantów tylko z daleka. Nie zbliżali się do pochodu. Gdy doszliśmy do skrzyżowania ulicy 1 Maja z ulicą Traugutta, zatrzymaliśmy się, bowiem niektórzy nawoływali, byśmy szli pod komendę MO. Uliczka ta była zapchana milicyjnymi samochodami. Zwyciężył rozsądek. Poszliśmy dalej ulicą 1 Maja, Kolejową, koło dworca PKP, ulicą Odrodzenia. Przed Komitetem Miejskim PZPR ustawiona była zapora z wozów milicyjnych, armatek wodnych oraz zomowców. Do tego momentu pochód nasz miał charakter pokojowy. Tam zomowcy zaatakowali nas petardami, granatami gazowymi i działkami wodnymi. Pochód został rozbity […].

Zbigniew Szczurek

…do góry…

 

[…] Po mszy udaliśmy się tłumnie na miejsce, gdzie

poprzedniego dnia zostały śmiertelnie postrzelone dwie osoby. Zebrał się tam wielotysięczny tłum. Było o wiele więcej ludzi niż dnia poprzedniego. Milicjantów nie widziałem.

Tłum był podniecony i wołał: „Wydać nam morderców!”, „Idziemy pod Komitet Partii!”, „Ruszamy pod szpital – tam leżą nasi ranni!”. Pochód ruszył ulicę Kopernika koło liceum ogólnokształcącego, Domu Towarowego, Domu Kultury Zagłębia Miedziowego. Skręciliśmy w aleje Niepodległości i przecinając ulicę Marii-Curie Skłodowskiej, zatrzymaliśmy się pod szpitalem, gdzie przebywali ranni. Tam odśpiewaliśmy kilka pieśni patriotycznych. Tłum skandował: „Pomścimy pomordowanych i rannych!”. Stamtąd udaliśmy się na ulicę 1 Maja. Szliśmy ulicą Kolejową koło dworca PKP.

Weszliśmy w ulicę Odrodzenia. Doszliśmy tylko do stadionu miejskiego. Przed komitetem PZPR stały wozy milicyjne, armatki wodne i bardzo dużo milicjantów z pałkami i tarczami. W wozach siedzieli milicjanci uzbrojeni w granatniki. Zostaliśmy równocześnie zaatakowani od przodu i od tyłu, od strony ulicy Kolejowej. Strzelano do nas z granatów łzawiących. Po pewnym czasie ludzie się rozbiegli. Najwięcej osób uciekało przez stadion i przez płoty na sztuczne lodowisko. Wraz z innymi tędy właśnie przedostałem się na Przylesie do ulicy Pawiej. Do centrum nie mogliśmy już przejść. […]

Mirosław Bodnar

 

[…] Na Osiedlu Świerczewskiego pełno było suk

milicyjnych i milicjantów, którzy ciągle strzelali. Przez całą długość ulicy Sikorskiego stali milicjanci i strzelali z granatów łzawiących do ludzi, którzy pobudowali barykady na tym osiedlu. Trwało to do wieczora. Polnymi ścieżkami doszliśmy do drogi dwupasmowej biegnącej do Wrocławia. Omijając z daleka kordony milicyjne, dotarliśmy do Rynku. Tam już było spokojnie, tylko gazy mocno piekły w oczy. Trudno było oddychać. Nawet mokra chusteczka nie pomagała.

Gdy doszliśmy do Rynku, płonął Ratusz. Ludzie mówili, że zomowcy wstrzelili przez okno granat zapalający. Z Rynku udałem się do domu i już mama mnie nie wypuściła. Tylko widziałem przez okno biegnących zomowców, którzy strzelali do okien mieszkań. A na Osiedlu Mickiewicza było bardzo głośno. Tam też ludzie pobudowali barykady. Strzelano jeszcze bardzo długo w nocy.

Mirosław Bodnar

 
Lubin82_blonia1_fot_K_Raczkowiak
 

Na symbolicznych grobach już od samego rana ułożono

mnóstwo kwiatów. Od godziny 15.00 zbierają się ludzie. Coraz więcej ludzi. O 17.00 są już tysiące, nastrój przygnębienia i nienawiści. Hymn, skandowanie haseł. Pojawiają się kamery filmowe. Nagrywane są rozmowy z uczestnikami manifestacji. Podobno BBC. Pokazują akredytację na żądanie ludzi. O godzinie 17.30 formuje się w kierunku Liceum Ogólnokształcącego wielotysięczny pochód i rusza w kierunku Domu Towarowego. Milicji w pobliżu nie widać, ale czuje się, że są, że muszą interweniować, tylko nie wiadomo, w którym miejscu. Skandowane są okrzyki: „Uwolnić Lecha”, „Zwolnić internowanych”, „Chcemy Papieża”, „Pomścimy”. Śpiewano Rotę, hymn narodowy, wołano „Chodźcie z nami”. Setki ludzi wzdłuż trasy pochodu. Ludzie przyłączają się.

Biorąc pod uwagę długość pochodu, szerokość jezdni ulicy oraz przyjmując trzy osoby na 1 m2 powierzchni, szacunkowe wyliczenia wskazują na udział w pochodzie około 10 000 ludzi. Pochód idzie aleją Niepodległości w kierunku szpitala miejskiego. Przed szpitalem zatrzymuje się, znowu śpiewy, skandowanie. Słychać głosy poparcia manifestacji ze szpitala od personelu w białych kitlach i chorych. Czoło pochodu przechodzi obok CPN w prawo i zatrzymuje się na skrzyżowaniu ulic Traugutta i 1-go Maja. Przed budynkiem komendy MO oddziały ZOMO. Chwila niezdecydowania i czoło pochodu rusza w kierunku przejazdu kolejowego. Skręcamy w lewo do dworca PKP. Mijamy dworzec, idziemy ulicą Odrodzenia gdzie w głębi na wysokości Domu Partii widać ZOMO. Znowu chwila niezdecydowania, ale ruszamy. Podjęto zbiorową decyzję skandowaną przez tłum „Na Przylesie”. Przed dojściem do skrzyżowania ulicy Odrodzenia z ulicą Traugutta (na wysokości budynku Sądu) rozległy się strzały i użyto armatki wodnej. ZOMO wkroczyło do akcji. Od strony Rynku na ulicy Odrodzenia uformował się kilkuset osobowy pochód, który miał zamiar połączyć się z naszym.

Z relacji świadków wydarzeń (1 września, rano)

 

[…] Uciekaliśmy w kierunku dworca PKP, stadionu i gdzie

kto mógł. Scenariusz oddziału ZOMO jest ten sam co 31 sierpnia, z tym że nie używa ostrych naboi. Rozpędzanie i polowanie na ludzi odbywało się przez cały wieczór, z tym że ogłoszono przez milicyjne megafony godzinę milicyjne od 18.00 dla dzieci, a dla dorosłych od godziny 20.00 do 5.00 rano. Zarówno pożar w Ratuszu, jak i kiosku Ruchu na Osiedlu Świerczewskiego spowodowała milicja, strzelając. Grupy młodych ludzi używały butelek z benzyną, rzucając nimi tylko w samochody ZOMO.

Wieczorem na ulicach miasta oddziały ZOMO polowały na ludzi już tylko pieszo, po kilku lub kilkunastu. Strzelali w okna budynków mieszkalnych i ludzi stojących w bramach swoich domów. Widziałem przypadki gdy ZOMO wchodziło do klatek i wyciągało z nich ludzi. […]

Z relacji świadka wydarzeń (1 września)

 

[…] Dalej nastrój przygnębienia i smutku. Dyskusja na

temat pogrzebów. Ręcznie pisane klepsydry informują o pogrzebie jednego z mężczyzn (32 lata), który ma się odbyć w Lubinie, 3.09 o godzinie 11.00. Pogrzeb drugiego mężczyzny – we wsi Orzeszkowo koło Ścinawy. Osoby z Wrocławia, które przybyły na delegację do Lubina, relacjonują wydarzenia wrocławskie. Nic nie wiedzą o pochodzie 1 września. Ze szpitala w Lubinie docierają informacje o pięciu zabitych. Są świadkowie zbrodni (zastrzelenia dwóch mężczyzn i przejechania chłopca przez samochód MO). Są ślady od kul na kiosku (jarzyniak) koło poczty, na kościele oraz ściany szczytowej budynku mieszkalnego obok starego muru. Znaleziono łuski z ostrych naboi. Ślady na budynku mieszkalnym zostały zatarte przez tynkarzy. Pod nadzorem milicji. Symboliczne groby pomordowanych niszczyli pracownicy Zakładu Oczyszczania Miasta.

Dalsze systematyczne likwidowanie na nowo pojawiających się grobów dokonywane było przez MO, jak i wojsko. Ulice patrolowane systematycznie przez piesze i zmotoryzowane patrole MO. Do hotelu „Kosmos” sprowadzono oddziały WOP. Ludzi znajdujących się lub przechodzących obok symbolicznych grobów MO legitymuje, część osób zabiera w sposób brutalny (kopnięcia) do „suk”.

U niektórych działaczy „Solidarności” rewizje, część przetrzymywana jest w areszcie.

Z relacji świadka wydarzeń (2 września)

 

To był ktoś, kto być może kilka minut wcześniej biegł razem ze mną przez łąkę i chował się za pniem wierzby, słysząc świst kul i widząc, jak z drzewa sypią się ścięte przez nie liście.

Krzysztof Raczkowiak

Michał Adamowicz: ur. 7 września 1954 zm. 1982

Mieczysław Poźniak: ur. 1956 zm. 1982

Andrzej Trajkowski: ur. 15 września 1950 zm. 1982

Źródło:
a okazało się, że Lubin 
31 sierpnia - 2 września 1982
PACYFIKACJA MIASTA
Oficyna Wydawnicza Volumen
Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa
Warszawa 2007 Zdjęcia © Krzysztof Raczkowiak
Koncepcja: Adam Borowski
Redakcja i korekta: Mirosława Latkowska
Opracowanie graficzne: Jerzy Grzegorkiewicz
Źródła relacji:
- akta procesu lubińskiego (archiwum Sądu Okręgowego we Wrocławiu),
- Stanisław Śnieg, Alarm dla miasta Lubina, Lubin 1992,
- „Konkrety", sierpień 1990 r.,
- „Głos", 7 września 2002 r.,
- „Przekrój" nr 50/2006,13 grudnia 2006 r.,
- Łukasz Kamiński, „Tragedia lubińska 1982 roku", „Solidarność Zagłębia Miedziowego" nr 9, 2002,
- Łukasz Kamiński, Drogi do wolności Zagłębia Miedziowego, Legnica 2006,
- Operacja „Podmuch ", Służba Bezpieczeństwa wobec „bombiarzy" na terenie Zagłębia Miedziowego w okresie stanu wojennego, wstęp, wybór i opracowanie Sebastian Ligarski, Lubin 2007.
Współpraca: Encyklopedia Solidarności
projekt realizowany przez Stowarzyszenie Pokolenie 
www.encyklopedia-solidarnosci.pl
Książka ukazała się dzięki pomocy finansowej
KGHM
POLSKA MIEDŹ S.A.
ISBN 978-83-7233-100-7
Druk: EFEKT s.j. Jan Piotrowski, Tadeusz Markiewicz